Kamienica Jabłkowskich – jej historia i mural 3D: Warszawski sezam pełen atrakcji

Kamienica Jabłkowskich w lipcową, zatopioną w słońcu sobotę, niczym baśniowy sezam, obdarowała mnie bogactwem wrażeń, których zupełnie się nie spodziewałam. A wszystko dlatego, że stronię od mediów społecznościowych, na większości z nich nie mam nawet kont, toteż wiele miejsc, które zdążyły już obiec internet i zyskać niemały rozgłos, wciąż pozostaje dla mnie nieodkrytych. Dzięki temu mogę doświadczać tej szczególnej przyjemności, jaką daje natrafienie na coś niezwykłego zupełnie przypadkiem. Tak właśnie trafiłam do wnętrza kamienicy przy ul. Chmielnej 21. Wystarczyło, że pomyślałam: „Jak super została odnowiona!” – i chwilę później już zaglądałam w głąb jej tajemnic.

Moją uwagę przyciągnęła jej fasada, a zwłaszcza ukwiecony balkon. Nad bramą zauważyłam przywrócony, wykuty napis KAMIENICA JABŁKOWSKICH. Kiedy przekroczyłam jej próg, znalazłam się w świecie, w którym historia miesza się ze współczesnością, a rzeczywistość z fantazją.

Pierwsze, co zobaczyłam na jej dziedzińcu, to… latający tramwaj unoszący się nad sztucznymi palmami! Konkretniej, czerwony wagon z napisem reklamowym zdawał się wyjeżdżać wprost z muru, by za chwilę poszybować nad dachami Warszawy. Zaraz potem dostrzegłam zawieszony nad nim majestatyczny sterowiec i unoszący się pod nim balon z podwieszoną do niego damą na rowerze. Te fantastyczne wizje od razu skojarzyły mi się z ilustracjami do powieści Juliusza Verne’a. Inspiracją dla tego muralu 3D, zaprojektowanego przez architekta Piotra Glegołę i zrealizowanego przez Good Looking Studio, były pocztówki z początku XX wieku, przedstawiające futurystyczne sny o Warszawie. Przyznam, że trudno nie poddać się złudzeniu optycznemu, jaki wywołuje. Złapałam się na tym, że z fascynacją próbuję dociec, gdzie kończy się iluzja, a zaczyna architektura. Spodobało mi się to pomieszanie fantazji z warszawską rzeczywistością. Uwielbiam sterowce i balony, więc ich obecność szczególnie mnie ucieszyła. Wpatrując się w tę kolorową wizję i chłonąc tutejszą atmosferę, poczułam się jak turystka w moim rodzinnym mieście.

Zaciekawiona, postanowiłam zgłębić historię budynku. I tu czekała mnie kolejna niespodzianka, bo zanim przy Chmielnej 21 stanęła kamienica, znajdował się w tym miejscu… drewniany amfiteatr.

Zbudowany został w latach 70. XVIII wieku, u zbiegu ulic Chmielnej i Brackiej. Przez ówczesnych mieszkańców Warszawy nazywany był Szczwalnią lub Hecą. Z opisów wynika, że była to wielopoziomowa budowla na planie koła, z otwartą areną otoczoną trzema kondygnacjami widowni. Odbywały się tu widowiska, które dziś trudno uznać za rozrywkę: szczuto psy na niedźwiedzie i urządzano walki zwierząt. Stąd zresztą wzięła się nazwa Szczwalnia. Z czasem organizowano tu również pokazy cyrkowe i jeździeckie, występy akrobatów, kuglarzy i woltyżerów.

Budowlę rozebrano w 1852 roku, a w latach 1877–1878 Izaak Romberg wzniósł na posesji czteropiętrową kamienicę z oficynami otaczającymi wewnętrzne podwórko. Po I wojnie światowej nieruchomość nabyła rodzina Jabłkowskich, właściciele słynnego domu towarowego przy ulicy Brackiej. Zamierzali rozbudować swoje handlowe imperium, wykorzystując również posesję przy Chmielnej, jednak ambitne plany pozostały niezrealizowane. Kamienica przetrwała II wojnę światową, choć nie uniknęła zniszczeń – jedna z jej oficyn została zburzona. Dziś, pieczołowicie odnowiona, ponownie tętni życiem, choć zupełnie innym niż za czasów dawnych warszawskich kupców. W jej wnętrzu kryje się całkiem interesujący świat butików, w których zamiast masowej produkcji królują oryginalne pomysły i indywidualny styl.

Ma tu swój oficjalny sklep Pakker Trousers, polska marka specjalizująca się w spodniach o swobodnych, niebanalnych fasonach. Szyte są między innymi z lnu, bawełny, sztruksu, a nawet konopi, a wyróżnia je unikatowy system kieszeni. W kameralnym butiku Dobre Włókno sprzedaje ubrania łączące autorskie projekty z modą vintage, a MUSS Vintage Shop kusi możliwością wyszukiwania odzieżowych perełek z drugiej ręki. Poza modą jest tu sklep muzyczny Side One z bogatą ofertą winyli oraz Kwiaciarnia Dzika Natura.

Nikt, kto trafi do tego sezamu, nie pozostanie głodny ani spragniony. Tutaj i w okolicy działa kilka przyjemnych lokali. Każdy w innym stylu, więc w zależności od upodobań można wybrać się w gastronomiczną podróż w różne strony świata. Mnie spodobał się kolorowy ogródek z palmami Luz Maria Baru, gdzie serwowane są dania kuchni Ameryki Łacińskiej. Nieopodal zaprasza Vincent, piekarnia i kawiarnia serwująca francuskie wypieki i kawę. Oba lokale pełne były gości. Nie skusiłam się jednak na ich ofertę, więc nie mogę ich ani polecić, ani odradzić.

Spotkałam tu wielu przyjezdnych. Okazało się, że kilku z nich zatrzymało się w kameralnym Apple Inn, oferującym pokoje na poddaszu i wyższych kondygnacjach. Tak oto, nie wyjeżdżając ze stolicy, przypadkiem odkryłam miejsce, które sprawiło, że poczułam się jak prawdziwa turystka na zasłużonych wakacjach. Wspaniałe to uczucie!

Lipiec 2026