Giżycko: Miasto, w którym życie płynie w rytmie jezior

W blasku sierpniowego słońca Giżycko wydało mi się miastem, w którym mogłabym zostać na dłużej. Inaczej niż nad morzem, nie miałam tu wrażenia natłoku ludzi i przesytu tandetnymi atrakcjami, które na dobre zdominowały Władysławowo i jego okolice. Choć jest to jedno z większych miast na Mazurach, wywarło na mnie przyjemnie niezobowiązujące wrażenie. Jego sercem jest oczywiście jezioro Niegocin. To wokół niego znajdują się największe miejskie atrakcje – plaża, diabelskie koło, port żeglugi śródlądowej i molo. Spacerujących, plażujących lub siedzących po knajpkach turystów widać wielu. Jednak to żeglarze, mariny i żaglówki tworzą charakterystyczny, barwny anturaż tego miasta. Nic więc dziwnego, że w 2012 roku to Giżycko zdobyło tytuł Żeglarskiej Stolicy Polski w plebiscycie magazynu żeglarskiego Wiatr, pokonując m.in. Gdynię, Puck i Mikołajki.

W towarzystwie przyjaciela wyruszyłam odkrywać miasto bez planu i mapy. Zdałam się na swój instynkt. Moim celem było poczucie jego klimatu i rozpoznanie tutejszej topografii. Nie zależało mi na zaliczeniu wszystkich atrakcji. Chciałam raczej zobaczyć, jak się tu żyje, pospacerować po ulicach, zajrzeć w mniej oczywiste zakątki i przekonać się, czy Giżycko rzeczywiście zasługuje na swoją żeglarską i turystyczną popularność. Miałam do dyspozycji tylko jedno długie, słoneczne popołudnie. Zaczęliśmy więc od punktu, który w dużej mierze wyznacza rytm funkcjonowania tego miasta i okolicznych miejscowości – czyli od Mostu Obrotowego na Kanale Łuczańskim.

Most Obrotowy został zbudowany pod koniec XIX wieku przez firmę Beuchelt & Co. z Zielonej Góry. Umożliwiał przeprawę między miastem a terenami, na których znajdowała się Twierdza Boyen. Konstrukcja waży prawie 100 ton, ma około 20 metrów długości i 8 metrów szerokości. Jest jedną z tych atrakcji, które na pierwszy rzut oka nie wydają się szczególnie spektakularne. Ot, niepozorna przeprawa łącząca dwa brzegi kanału. A jednak jest w niej coś, co przyciąga turystów i sprawia, że chętnie zatrzymują się tu na dłużej. Sama przyjrzałam mu się z zainteresowaniem. Most jest bowiem jednym z nielicznych tego typu obiektów w Europie, które do dziś obsługiwane są ręcznie. Co ciekawe, do wprawienia w ruch tej ważącej niemal sto ton konstrukcji wystarczy siła jednego człowieka. Kiedy się otwiera, jego przęsło obraca się w bok, umożliwiając przepłynięcie kanałem żaglówkom i innym jednostkom pływającym. Podobno cały manewr trwa zaledwie kilka minut i stanowi nie lada atrakcję dla gapiów, którzy z zainteresowaniem obserwują, jak fragment jezdni powoli odsuwa się od brzegu. Kiedy most się otwiera, ruch samochodowy i pieszy zamiera, ustępując pierwszeństwa żeglarzom. Jak o tym myślę, to jest w tym coś niezwykle mazurskiego. Tutaj, w Giżycku, to nie samochody, lecz właśnie łodzie – żaglówki i motorówki – zdają się dyktować tempo codziennego życia w szczycie sezonu. I chyba dobrze oddaje to charakter miasta, w którym woda jest równie ważna jak ulice i drogi. Niestety, tym razem nie mieliśmy czasu, żeby zobaczyć otwieranie mostu na własne oczy.

Od Mostu Obrotowego niedaleko już do kolejnej atrakcji – Twierdzy Boyen. To miejsce zupełnie inne od gwarnego nabrzeża Niegocina. Ukryta wśród drzew XIX-wieczna fortyfikacja przypomina o czasach, kiedy Mazury nie były jeszcze turystyczną krainą jezior, lecz obszarem o dużym znaczeniu strategicznym. Twierdzę wzniesiono w latach 1844–1856 z inicjatywy pruskich władz wojskowych. Jednym z głównych zwolenników jej budowy był pruski minister wojny, generał Hermann von Boyen, którego nazwiskiem nazwano fortyfikację. Jej charakterystyczny, przypominający gwiazdę kształt najlepiej widać z lotu ptaka. Z poziomu ziemi uwagę przyciągają przede wszystkim potężne ceglane mury, bramy, bastiony i porośnięte zielenią wały obronne. Tyle wiem o tym miejscu z opisów. Tym razem jednak odpuściliśmy sobie jego zwiedzanie.

Tuż obok Mostu Obrotowego, nad Kanałem Łuczańskim, znajduje się jeszcze jeden obiekt przypominający o bogatej i skomplikowanej historii okolic. To dawny zamek krzyżacki, którego początki sięgają XIV wieku. Wzniesiony przez zakon na przesmyku między jeziorami Niegocin i Kisajno, pełnił niegdyś funkcje obronne i administracyjne. Na przestrzeni kolejnych stuleci był wielokrotnie przebudowywany, zmieniał właścicieli i przeznaczenie, stopniowo zatracając swój pierwotny charakter. Z dawnej warowni zachowało się jedno historyczne skrzydło, które po odrestaurowaniu i rozbudowie stało się częścią hotelu St. Bruno. Jego zabudowania łączą historyczne mury ze współczesną architekturą. Trudno więc doszukiwać się tutaj surowości typowej dla krzyżackich warowni. Mimo to obiekt prezentuje się interesująco, zwłaszcza od strony kanału. Jest też dobrym przykładem rewitalizacji i nadania nowej funkcji historycznej budowli. Bardzo przytulne wrażenie zrobiły na mnie hamaki i niewielki plac zabaw dla dzieci tuż obok hotelu, a także związana z nim knajpka nad kanałem. Lubię takie miejsca, w których można po prostu przysiąść, odpocząć i popatrzeć na otoczenie. Bez konieczności robienia czegokolwiek konkretnego. Całość wydała mi się zadbana, ale pozbawiona przesadnego zadęcia, które odbiera podobnym obiektom ich naturalny urok.

Sam Kanał Łuczański, nazywany również Giżyckim, jest zresztą czymś więcej niż tylko malowniczym fragmentem miejskiego krajobrazu. Ten liczący nieco ponad dwa kilometry szlak wodny łączy jeziora Niegocin i Kisajno, stanowiąc ważny element systemu Wielkich Jezior Mazurskich. W sezonie letnim panuje tu niemal nieustanny ruch. Żaglówki, motorówki i większe jednostki turystyczne przepływają kanałem, a spacerujący wzdłuż jego brzegów turyści chętnie zatrzymują się, by obserwować ich manewry. Szczególnie ciekawie robi się w okolicach Mostu Obrotowego, gdzie ruch na wodzie podporządkowany jest godzinom otwierania przeprawy. Czasami tworzy się tu prawdziwy korek, tyle że zamiast samochodów stoją w nim łodzie, których załogi cierpliwie czekają na możliwość dalszej podróży. Spacer wzdłuż kanału pozwala dostrzec nieco inne oblicze Giżycka niż to znane z okolic plaży miejskiej. Zamiast rozległych widoków na Niegocin jest tu więcej kameralności i swoistego portowego klimatu. Zacumowane przy brzegach lub czekające na przeprawę łodzie, odbijające się w wodzie zabudowania i leniwie przesuwające się po kanale żaglówki tworzą scenerię, której można przyglądać się bez końca. Szczególnie podobał mi się kontrast między spokojną, niemal nieruchomą taflą kanału a ożywieniem, jakie co pewien czas wywoływało przepłynięcie kolejnej łodzi.

Biegnąca wzdłuż kanału ulica Nadbrzeżna stanowi ruchliwą promenadę prowadzącą prosto nad Niegocin. Sporo tu knajpek z widokiem na kanał. Można usiąść przy stoliku i obserwować przepływające łodzie, co samo w sobie wydaje mi się całkiem przyjemnym sposobem spędzania czasu. Gdybym miała go więcej, pewnie chętnie zostałabym tu na dłużej.

W moim odczuciu każdy spacer po Giżycku prędzej czy później prowadzi nad Niegocin. To właśnie tutaj, w okolicach plaży miejskiej, molo i portu, koncentruje się wakacyjne życie miasta. Są tu knajpki, zanurzone w zieleni tereny piknikowe i trawniki, na których zauważyłam ćwiczących jogę. Spodobał mi się ten widok. Wokół spacerowicze, plażowicze i typowy dla letniego kurortu gwar, a oni spokojnie wykonywali swoje ćwiczenia. Takie drobne scenki budują unikatową atmosferę tego miasta.

Plaża, choć niewielka, jest idealnym miejscem do leniwego obserwowania przesuwających się w oddali żaglówek. Malowniczy to widok. W jej pobliżu są też atrakcje dla dzieci i nie tylko. Mnie szczególnie zapadło w pamięć białe diabelskie koło, obracające się miarowo na tle błękitnego nieba. Latem w tej okolicy jest gwarno i tłoczno, ale wystarczy odsunąć się nieco od najbardziej uczęszczanych fragmentów nabrzeża, by znaleźć spokojniejszy zakątek i nacieszyć oczy widokiem jeziora. To właśnie przy plaży miejskiej umieszczono duży napis GIŻYCKO, przy którym niemal bez przerwy ktoś robi sobie zdjęcie. Moją uwagę przykuł też niedokończony, dość ekstrawagancki w formie budynek, który wznosi się przy plaży. Niestety, psuje krajobraz. W moim odczuciu zupełnie nie pasuje do otoczenia i napawa smutkiem. Powinien być przestrogą dla wszystkich, którym przychodzi do głowy ingerowanie w idylliczny mazurski krajobraz.

Tuż obok plaży znajduje się port pasażerski Żeglugi Mazurskiej, z którego w sezonie wypływają statki wycieczkowe kursujące po okolicznych jeziorach, kierując się na północ w stronę Węgorzewa. Przy nabrzeżu cumują jednostki różnej wielkości, a wśród spacerowiczów co jakiś czas pojawiają się grupy turystów oczekujących na rozpoczęcie rejsu. Nieco dalej rozciągają się mariny pełne jachtów i żaglówek, które nadają tej części miasta szczególny charakter. Przyznam, że mogłabym godzinami przyglądać się portowemu życiu. Z doświadczenia wiem, jak bardzo bywa fascynujące. Lubię obserwować przygotowania do wypłynięcia, manewry przy cumowaniu, żeglarzy krzątających się po pokładach i tych, którzy po całym dniu na wodzie wreszcie mogą odpocząć. Jest w tym wszystkim coś swojskiego, a zarazem odświętnego. Porty mają swój własny rytm, swoje dźwięki i zapachy. Nawet jeśli nic szczególnego się w nich nie dzieje, trudno mi przejść obok nich obojętnie.

Naturalnym przedłużeniem plaży jest giżyckie molo, które zdecydowanie wyróżnia się na tle podobnych konstrukcji w innych mazurskich miejscowościach. Nie jest to bowiem zwyczajny, prosty pomost wychodzący w głąb jeziora, lecz szeroka, spacerowa konstrukcja, której charakterystyczny kształt pozwala spojrzeć na Niegocin z różnych perspektyw. Spacerując po nim, można podziwiać panoramę miasta, obserwować żaglówki wypływające na jezioro albo po prostu przystanąć przy barierce i popatrzeć na wodę. W sierpniowym słońcu widok był szczególnie malowniczy. Błękit nieba niemal zlewał się z taflą jeziora, a białe żagle stanowiły jego najbardziej charakterystyczny element. Miałam wrażenie, że właśnie tutaj najlepiej można poczuć wakacyjny klimat Giżycka. Bez konieczności korzystania z jakichkolwiek atrakcji, kupowania biletów czy planowania kolejnych punktów zwiedzania. To idealne miejsce, gdzie siedząc na ławce, można obserwować jezioro, oddać się rozmyślaniom lub poczytać książkę. Żałowałam, że tym razem nie mam czasu na takie przyjemności.

Ciekawym elementem tej części Giżycka jest również kładka dla pieszych, przerzucona ponad torami kolejowymi. Łączy ona centrum miasta z terenami rekreacyjnymi nad Niegocinem, pozwalając bezpiecznie przedostać się na drugą stronę linii kolejowej, która oddziela śródmieście od jeziora. Sama konstrukcja ma współczesny charakter i trudno uznać ją za zabytek czy atrakcję o szczególnych walorach architektonicznych. Jest jednak czymś więcej niż tylko praktycznym przejściem. Z jej wysokości można spojrzeć na okolicę z nieco innej perspektywy, dostrzec fragmenty portu, jeziora i miejskiej zabudowy. Lubię takie punkty widokowe, nawet jeśli nie są specjalnie efektowne. Pozwalają na chwilę oderwać się od poziomu ulicy i lepiej zorientować w topografii odwiedzanego miejsca.

Po przejściu przez kładkę nad torami kolejowymi trafiliśmy na plac stanowiący stosunkowo nową przestrzeń miejską. Nowy Rynek, bo tak jest nazywany, wydał mi się miejscem nieco odmiennym od tradycyjnych mazurskich rynków, z którymi kojarzą mi się przede wszystkim stare kamienice, niewielkie skwery i zabytkowe ratusze. Tutaj dominuje współczesna zabudowa, otwarta przestrzeń i lokale gastronomiczne, które w sezonie letnim przyciągają zarówno turystów, jak i mieszkańców. Nie ma w tym miejscu zbyt wiele historycznego uroku, ale też trudno odmówić mu wakacyjnej atmosfery. Odniosłam wrażenie, że jest to przede wszystkim przestrzeń stworzona z myślą o spotkaniach, odpoczynku i niespiesznym spędzaniu czasu. Co ważne, nie tylko dla turystów, ale przede wszystkim dla mieszkańców, którzy żyją tu przecież także poza sezonem. Czasami, odwiedzając popularne miejscowości wypoczynkowe, mam wrażenie, że ich przestrzeń została podporządkowana potrzebom przyjezdnych. Tym bardziej doceniam tego typu miejsca, które działają przez cały rok.

Zaraz po zejściu z kładki, na początku Nowego Rynku, mieści się PodKładka Resto Bar, którego nazwa w dowcipny sposób nawiązuje do pobliskiej przeprawy nad torami. Poleciła nam go taksówkarka, która wcześniej wiozła nas do mariny w Pięknej Górze. PodKładka doskonale wpisuje się w charakter tej części miasta – swobodnej i nowoczesnej. Nie jest to miejsce, które próbuje udawać elegancką restaurację z wielkimi aspiracjami. Znacznie bliżej mu do wakacyjnego baru, w którym można przysiąść na coś do jedzenia lub picia, odpocząć po spacerze i przez chwilę poobserwować otoczenie. Oferta tego lokalu jest dość egzotyczna – fusion na całego. Jedzenie jednak było całkiem smaczne i cenowo przystępne. Szkoda tylko, że górny poziom był zamknięty dla gości, bo z tamtejszego tarasu rozciąga się widok na jezioro. Na dole pozostał mi mniej atrakcyjny widok na ul. Kolejową i tory. Nie ma jednak co narzekać – było i tak całkiem przyjemnie. Po kilku godzinach spacerowania w sierpniowym słońcu możliwość odpoczynku i zjedzenia czegoś dobrego okazała się wystarczającą rekompensatą za brak widoku na Niegocin.

Z Nowego Rynku przeszliśmy na ulicę Warszawską, gdzie moją uwagę zwróciła Wieża Ciśnień, wyrastająca ponad okoliczną zabudowę. Jest niczym pamiątka po epoce, w której nawet obiektom czysto użytkowym starano się nadawać elegancką formę. Wzniesiona w 1900 roku w stylu neogotyckim, przez niemal sto lat służyła mieszkańcom jako element miejskiej infrastruktury wodociągowej. Dziś pełni zupełnie inną funkcję – jest punktem widokowym. Mieści się tutaj również niewielkie muzeum z pamiątkami po dawnych mieszkańcach miasta. Takie miejsca zwykle bardzo mnie interesują. Lubię oglądać stare fotografie i przedmioty codziennego użytku, które pozwalają choć trochę wyobrazić sobie życie ludzi mieszkających tu przed laty. Tym razem jednak trafiliśmy tu niedługo przed zamknięciem, więc nie było już czasu na wnikliwe oglądanie eksponatów. Skupiłam się na widokach. Dopiero stąd mogłam w pełni docenić położenie miasta między Niegocinem a Kisajnem. Z tej perspektywy miejska zabudowa zdawała się ginąć pośród zieleni, a jeziora zajmowały znaczną część rozciągającego się przede mną krajobrazu. Pomyślałam wtedy, że trudno o lepsze miejsce na zakończenie spaceru. Tym bardziej że można tu wypić pyszną kawę w kawiarni na szczycie wieży i jeszcze przez chwilę nacieszyć oczy panoramą Giżycka. Ostatnim akordem mojej giżyckiej eskapady było zejście ze szczytu wieży na sam dół – po 129 stopniach krętych schodów.

Skąd się wzięła nazwa Giżycko?

Schodząc po schodach zaczęłam się zastanawiać nad pochodzeniem nazwy Giżycko. Wiedziałam, że przed wojną miasto nosiło niemiecką nazwę Lötzen, a przez krótki czas po wojnie nazywano je Łuczanami. Nie wiedziałam jednak, dlaczego ostatecznie zostało Giżyckiem. Okazuje się, że za tą nazwą kryje się całkiem interesująca historia, związana z mazurską tożsamością, obroną języka polskiego i powojennymi decyzjami urzędników.

Patronem miasta jest Gustaw Gizewiusz (1810–1848), ewangelicki pastor i działacz społeczny, który w XIX wieku angażował się w obronę języka polskiego na Mazurach. Urodził się w Piszu, uczył w Ełku, a przez większość dorosłego życia związany był z Ostródą, gdzie pracował jako kaznodzieja. Z samym Giżyckiem nie miał więc szczególnie bliskich związków. Dlaczego zatem to właśnie jego nazwisko upamiętniono w nazwie miasta? Gizewiusz wywodził się ze szlacheckiego rodu o polskich korzeniach, pieczętującego się herbem Gozdawa. Według opracowań historycznych jego przodkowie pochodzili z Giżyc koło Sochaczewa na Mazowszu. W XVI wieku część rodziny Giżyckich przeniosła się do Prus Książęcych, gdzie otrzymała nadania ziemskie. Z czasem część potomków rodu zaczęła posługiwać się nazwiskiem Gisevius, którego polską formą jest Gizewiusz. Co ciekawe, sam Gustaw Gizewiusz posługiwał się herbem Gozdawa, między innymi na swojej pieczęci i ekslibrisie. W czasach nasilającej się germanizacji Prus Wschodnich należał do osób, które otwarcie występowały w obronie języka polskiego, używanego przez znaczną część mazurskiej ludności. Zabiegał o zachowanie polszczyzny w szkołach i kościołach, wydawał polskojęzyczne publikacje, zbierał też mazurskie pieśni ludowe. Był przekonany, że język stanowi ważny element tożsamości mieszkańców tych ziem. Zmarł w 1848 roku, mając niespełna 38 lat.

Przez stulecia Giżycko funkcjonowało pod niemiecką nazwą Lötzen. Istniała też jej polska forma – Lec. Po zakończeniu II wojny światowej, kiedy Mazury znalazły się w granicach Polski, zaczęto używać nazwy Łuczany. Przyjęła się ona wśród nowych mieszkańców i przez pewien czas wydawało się, że pozostanie na stałe. Stało się jednak inaczej. W 1946 roku Komisja Ustalania Nazw Miejscowości zdecydowała, że miasto otrzyma nazwę Giżycko, na cześć Gustawa Gizewiusza i jego polskich korzeni. Łuczany uznano za nazwę zbyt blisko związaną z dawnym niemieckim brzmieniem. Co ciekawe, decyzja ta nie wszystkim przypadła do gustu. Mieszkańcy, którzy zdążyli już przyzwyczaić się do Łuczan, oficjalnie zaprotestowali przeciwko zmianie. Komisja pozostała jednak nieugięta i podtrzymała swoją decyzję. Przez jakiś czas obie nazwy funkcjonowały obok siebie, a Łuczany jeszcze długo pozostawały w użyciu. Zresztą do dziś można odnaleźć po nich ślad w nazwie Kanału Łuczańskiego, nad którym znajduje się Most Obrotowy.

Zwykle nie zastanawiam się szczególnie długo nad nazwami odwiedzanych miejscowości. Traktuję je jako coś oczywistego, istniejącego od zawsze. Tymczasem nazwa Giżycko jest stosunkowo młoda i nie wyrosła z miejscowej tradycji, lecz została nadana odgórną decyzją. Miała upamiętniać człowieka, który walczył o zachowanie języka i kultury Mazurów, choć sam z miastem nad Niegocinem był związany jedynie pośrednio. Jest w tym pewien paradoks. Ale też dobry przykład tego, jak skomplikowana bywa historia Mazur, gdzie przez stulecia przenikały się różne języki, kultury i narodowe tożsamości.

To jedno intensywne, sierpniowe popołudnie zdecydowanie nie wystarczyło, by poznać wszystkie oblicza Giżycka. Nie zdążyłam zajrzeć do wszystkich interesujących mnie zakątków ani sprawdzić, jak wygląda miasto wczesnym rankiem, zanim na ulice wyjdą pierwsi turyści, czy wieczorem i nocą, kiedy lokale zaczynają na dobre tętnić życiem. Nie zobaczyłam też Twierdzy Boyen, którą pozostawiłam sobie na kolejną wizytę. Ale nie żałuję. Nie lubię zwiedzać w pośpiechu, odhaczając kolejne atrakcje z listy. Znacznie bardziej zależy mi na tym, żeby poczuć klimat miejsca, nawet jeśli oznacza to rezygnację z kilku obowiązkowych punktów programu. To miasto spodobało mi się właśnie przez swoją niewymuszoną atmosferę, bliskość wody i brak przesadnego turystycznego zadęcia. Oczywiście nie jest wolne od typowych dla wakacyjnych kurortów atrakcji, choćby budek z pamiątkami w okolicach portu, ale nie miałam wrażenia, żeby całkowicie zdominowały one miasto. Wciąż można tu znaleźć spokojniejsze zakątki, przysiąść nad wodą i przez chwilę zapomnieć o otaczającym świecie. A to dla mnie duża zaleta.

Kiedy wsiadaliśmy do taksówki odwożącej nas do Pięknej Góry, byłam już przekonana, że chętnie do Giżycka wrócę. Żeby zobaczyć to, na co tym razem zabrakło mi czasu, ale też po prostu posiedzieć nad Niegocinem i popatrzeć na jezioro i żaglówki. Bo właśnie takie chwile sprawiają mi największą przyjemność i szczególnie zapadają w pamięć.

Sierpień 2026