W portowych klimatach: Niezapomniany przystanek w Nowym Sztynorcie

O porcie w Sztynorcie słyszałam legendy, zanim tam dotarłam. To pięknie położona i świetnie zorganizowana, nowoczesna marina – największa na Mazurach, bo mogąca przyjąć aż do 450 jachtów. Mnie to miejsce po prostu oszołomiło, a jednocześnie błyskawicznie zawojowało bogactwem oferty kulinarno-kulturalnej oraz dbałością o spuściznę pruskiego rodu Lehndorffów, dawnych właścicieli tutejszego majątku. Spodobało mi się, że pomimo swojego prestiżu, nie zdziera się tu z żeglarzy dodatkowych opłat za korzystanie z prysznica czy toalet, co na Mazurach wciąż bywa rzadkością. Wszystko jest w cenie postoju. Można tu nie tylko dobrze zjeść, ale także przyjemnie i interesująco spędzić czas. Tłum owszem jest, jednak tutejsza atmosfera jest niepowtarzalna.

Samo przybijanie do Sztynortu to niezapomniana, żeglarska przygoda. Trasa wymaga sporych umiejętności i ciągłej uwagi. Każdy błąd można tu przypłacić poważnym wypadkiem. Największym wyzwaniem jest podejście przez jezioro Dargin. Na wysokości dawnej osady Alt Steinort, tuż pod powierzchnią wody (często zaledwie 0,5 metra pod taflą), ciągnie się pas podwodnych kamieni o długości około 200 metrów. Miejsce to oznaczają znaki kardynalne, więc należy bezwzględnie trzymać się szlaku. Co kluczowe – boje nie odgradzają wszystkich niebezpieczeństw, bo część głazów pojawia się też na zachód od oznakowania. Z naszego doświadczenia wynika, że bezpieczniej jest płynąć bliżej pasa trzcin wschodniego brzegu albo zachować duży odstęp od niebezpiecznej mielizny.

Do portu wpływa się Kanałem Sztynorckim, łączącym Dargin z Jeziorem Sztynorckim. Wejście do niego znajduje się na północno-wschodnim brzegu i jest bardzo słabo widoczne z otwartej wody, ponieważ kompletnie zlewa się z gęstą ścianą lasu i trzcinami. Dla mnie najlepszym punktem orientacyjnym było po prostu obserwowanie innych jachtów, które nagle pojawiały się lub znikały w zaroślach. Samą przeprawę wspominam z dużym przejęciem. Płynie się tam w rządku, pilnując swojej strony ruchu. Kanał ma około 170–200 metrów długości i łukowaty kształt kojarzący się z literą C. Nie ma tu żadnych przeszkód w postaci linii wysokiego napięcia czy mostów, więc pokonuje się go z postawionym masztem. Ze względu na gęstą osłonę drzew rzadko kiedy wieje tu silny wiatr. Gdy tylko wypłynęliśmy z kanału, znaleźliśmy się na spokojnych wodach Jeziora Sztynorckiego. Stamtąd prosta droga prowadziła już do nowoczesnej infrastruktury mariny, która obecnie nosi nazwę PORT NOWY SZTYNORT.

Gdy minęliśmy kanał, zeszło z nas pierwsze ciśnienie. Niemal zaniemówiłam, widząc port na własne oczy – to zupełnie inny świat. Sztynort od strony wody robi duże wrażenie, a ściana masztów ciągnąca się po horyzont potrafi na dzień dobry onieśmielić. Muszę przyznać, że same manewry portowe były dla nas lekkim stresem. Jeśli tu byliście, doskonale to rozumiecie. Ma się wrażenie, że podczas podchodzenia obserwuje Cię lekko licząc kilkanaście par oczu, a wiatr w porcie lubi kręcić i zaskakuje Cię w najmniej odpowiednim momencie. Na tym jednak polega cały urok i żeglarska adrenalina!

Potrzebowałam chwili, żeby ochłonąć i zaadoptować się do panującego tu rwetesu. Dopiero gdy emocje opadły, dotarło do mnie, jak niepodrabialna jest tutejsza atmosfera. Z jednej strony nowoczesna, tętniąca życiem marina, z drugiej – szczególne miejsce na mapie Mazur, gdzie wciąż żywa jest skomplikowana historia, a żeglarska tradycja miesza się z przeszłością. Poczuć ten stan to było unikatowe doświadczenie. Przyjemność sprawiło mi odnotowanie postępów prac przy odbudowie rezydencji rodu Lehndorffów. Ciekawe było też to, jak dobrze zrewitalizowano budynki gospodarcze wokół pałacu, nadając im nowe funkcje. Należy do nich m.in. TAWERNA ZĘZA. Mieliśmy okazję tam zjeść – było smacznie i przystępnie cenowo. Przy okazji stałam się wielką fanką ich lokalnych, kraftowych piw, które polecam. Szkoda tylko, że jak na razie smak pszeniczny dostępny jest wyłącznie w wersji bezalkoholowej. Liczę na to, że w kolejnych sezonach to się zmieni!

Postój w Sztynorcie okazał się też idealną okazją do uzupełnienia zapasów. Główne zakupy zrobiliśmy w wystarczająco dobrze zaopatrzonym sklepie portowym, natomiast w tutejszym sklepie żeglarskim udało mi się upolować spodnie od sztormiaka za jedyne 45 złotych. Świetnie sprawdziły się już następnego dnia, kiedy przyszło nam żeglować w konkretnej ulewie. Tam też uprzejma dziewczyna wbiła mi na życzenie elegancką, pamiątkową pieczątkę z logo portu wprost do mojej książeczki żeglarskiej. Po zasztauowaniu łódki wybraliśmy się na prawdziwą kapitańską ucztę do baru GRILL PORTOWY, gdzie zamówiliśmy pokaźne, grillowane steki T-bone. Tanie nie były, za to naprawdę smakowite.

Zachód słońca tego dnia był klimatyczny. Niebo zabarwiło się na różowo, tworząc piękne tło dla lasu masztów stojących przed nami jachtów. Odpoczywaliśmy na pokładzie, a im bardziej się ściemniało, tym mocniej port nasiąkał gwarną i wesołą atmosferą. Tuż obok nas jakaś ekipa całkiem zgrabnie śpiewała szanty przy gitarze.

Następny poranek przyniósł nam niespodziankę, której kompletnie się nie spodziewaliśmy. Rano na naszym pokładzie zagościł prawdziwy koci pirat, który zupełnie bezceremonialnie, z dumnie podniesionym ogonem, szykował się do abordażu. Kręcił się między linami, sprawdzał kokpit i traktował nasz jacht jak swoją własną krypę. To był taki ciepły, zabawny i niezapomniany akcent tuż przed naszym odpłynięciem.

Choć osobiście wolę bardziej dzikie i ustronne miejsca, to z sentymentem muszę przyznać: SZTYNORT jest tylko jeden. To wyjątkowy port. Z radością tam powrócę.

Sierpień 2026